poniedziałek, 1 marca 2010

Co dla nas znaczą polityczne etykiety?

Dość dawno obalone zostało przekonanie, jakoby wyborca kierował się w swoich decyzjach politycznych kantowskim czystym rozumem. O nieracjonalności zachowań wyborczych pisało wielu autorów (m.in. Cwalina, Skarżyńska). Rzeczywistość społeczno – polityczna jest na tyle złożona i funkcjonuje w tak wielu wymiarach, że większość ludzi w ten czy inny sposób upraszcza ją tak, aby móc wyciągnąć wnioski na podstawie możliwie najmniejszej ilości informacji. Tłumaczy to chociażby teoria „skąpa poznawczego” (Fiske, Taylor, 1991). Zgodnie z teorią ograniczonej racjonalności Herberta Simona człowiek zamiast poszukiwać najlepszego rozwiązania spośród wszystkich dostępnych, zadowala się rozwiązaniem „wystarczająco dobrym”. Wyborca nie będzie więc poszukiwał wszystkich możliwych informacji o programach i politykach. Bardziej prawdopodobne jest, że obdarzy zaufaniem pierwsza partię, której program lub postulaty okażą się wystarczająco dobre, nie inwestując energii w dalsze poszukiwania. Sam proces analizowania informacji o możliwych zachowaniach i ich konsekwencjach jest dalece niekompletny i selektywny. W klasycznej pracy Campbela i współpracowników: The American Voter możemy odnaleźć nie podważoną do dziś tezę, że jedynie 2 - 5% społeczeństwa, przy wyborze kandydatów posługuje się w sposób adekwatny abstrakcyjnymi pojęciami: liberalizm i konserwatyzm. Badania te były przeprowadzane w latach ’50 w innym kontekście kulturowym, pod znakiem zapytania stawiają jednak efektywność posługiwania się analogicznymi pojęciami przez polskiego wyborcę. Na rodzimym gruncie znane są badania Skarżyńskiej i Reykowskiego dowodzące, że pojęcie demokracji często wykracza poza zdolności pojmowania przeciętnego wyborcy i nierzadko jest stosowane do nazywania społecznej rzeczywistości w sposób zupełnie nieadekwatny.

Nie ważne jest zatem na ile dane etykiety są rzeczywiście adekwatne dla danej partii, ważne jest co myślą o tym wyborcy i jakie konotacje wywołuje dana etykieta. Przykładem niezwykle popularnych etykiet są określenia „Polka solidarna” i „Polska liberalna”. To nawet więcej niż tylko etykiety – to symboliczne ideologie, o których również zamierzam napisać. Wydaje się wam, ze to już minęło? Stare kotlety będą odgrzane w zbliżających się kampaniach - http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,7611784,PiS_sie_brata_z_Solidarnoscia__Maja_wspolnego_wroga.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=856991  

czwartek, 18 lutego 2010

Haki, kwity i teczki czyli o etycznych aspektach kampanii wyborczej

W ostatnich dniach ogromną karierę w polityce robi słowo "hak". Wcześniej dominowały głównie kwity, teczki, ewentualnie całe szafy teczek, jak w przypadku mojej ulubionej szafy Lesiaka. Teczki najgroźniejsze były do momentu, kiedy nie wiadomo było co w nich jest. 

Ale do rzeczy. Postaram się możliwie obiektywnie i skrótowo przedstawić fakty ostatnich dni, bo w końcu nie każdy musi śledzić na bieżąco prasę, wiadomości, wywiady i słowne potyczki polityków. Wszystko zaczęło się od wywiadu dla Newsweeka, w którym Jarosław Kaczyński wyznał, że istnieje konkretna wiedza i wydarzenie sprzed lat, które dyskredytuje Radosława Sikorskiego jako  kandydata na Prezydenta Polski. Miało ono rzekomo miejsce już po jego zaprzysiężeniu na szefa MON z ramienia PiS i było przyczyną jego dymisji.  Niedoszły kandydat PO publicznie domagał się wyjaśnienia o jakie wydarzenie chodzi, aby mógł sie bronić, ale oczywiście nie można tego wyjawić, bo jak twierdzi prezes PiS - jest to ścisła tajemnica państwowa. Powstała lawina spekulacji i nie trzeba było długo czekać, by sprawę skomentowali byli wicepremierzy - Roman Giertych i Andrzej Lepper. Ten pierwszy twierdzi, że zbieranie haków na koalicjantów, oraz członków opozycji było stałą metodą działania byłego premiera, oraz, że w szczególnym obszarze jego zainteresowań była np prowadząca rozliczne interesy żona Grzegorza Schetyny (były rzekome plany, aby ją aresztować). Schetyna broniąc małżonki domaga się od Kaczyńskiego wyjaśnień. Kaczyński tłumaczy, że nie było mowy o żadnych hakach i kieruje pozew o zniesławienie przeciwko Giertychowi, który odpowiadając zalotnym uśmiechem, niespecjalnie zmartwiony, zapowiada podobny pozew przeciwko Kaczyńskiemu. Tymczasem Lepper dokłada swoje trzy grosze twierdząć, że co prawda nigdy nie padło określenie "haki", ale Kaczyński wspominał o bacznym przyjrzeniu się "liberałom z KLD" (Kongres Liberalno-Demokratyczny, założony w '90 roku przez Tuska) oraz gromadzeniu "materiałów" na rozlicznych biznesmenów, wymieniając przy tym śmietankę najbogatszych w Polsce: m.in Kulczyka i Solorza. 

Pozostawiam wam ocenę wiarygodności wyżej wymienionych. Warto jednak wspomnieć, że istotnym motywem działań Giertycha i Leppera może być polityczna zemsta za odsunięcie od władzy przez PiS. Lepper, choć z początkiem lutego zapowiadał wielki come back, nie ma na to szans, odkąd szczęśliwie uchwalono ustawę zabraniającą kandydowania osobom skazanym prawomocnymi wyrokami. O Giertychu spekuluje się natomiast, że przymila się PO i w tym upatruje swojej szansy, choć osobiście tego typu rewelacje traktowałabym jako political fiction. 

Stare twarze się przypominają. Nie trudno wywnioskować, która partia skorzysta na potyczkach Kaczyńskiego z Lepperem i Giertychem.

Haki nie wychodzą z mody. Nie tylko Sikorski powinien się obawiać. W tym samym wywiadzie Kaczyński ujawnił, że kwity dyskredytujące Bronisława Komorowskiego kryją się w tajnym (a jakże!) raporcie z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, przygotowanym niegdyś przez Antoniego Macierewicza. 

Pewnie wszyscy życzlibyśmy sobie wyłącznie merytorycznej, pozytywnej kampanii. Żyjemy jednak w bardziej brutalnej rzeczywistości, więc warto zastanowić się co jest, a co nie jest etyczne w polityce. Natalia de Barbaro, nazwana przez głównego bohatera tego posta "diaboliczną panią de Barbaro" napisała w książce "Dojść do głosu" o kampanii negatywnej jak o części strategii marketingowej. Radzi co zrobić, by była skuteczna i etyczna zarazem: oprzyj się na wiarygodnych źródłach, postaw sobie granice (np. szukasz haków w życiu publicznym kontrkandydata, rezygnując z grzebania w jego życiu prywatnym), zbuduj kontrast aby nie narazić się na podobne ataki i  nie ogłaszaj swoich "odkryć" osobiście tylko przez osobę trzecią. Nie mamy podstaw by wnioskować o wiarygodności źródeł pana Kaczyńskiego. Zakładając, że ma takowe, zrobił błąd wygłaszając to osobiście. Pozwolił, by ciężar dyskusji z Sikorskiego przeniósł się na niego samego i dywagacje o "brudnych metodach walki wyborczej". Można powiedzieć, że sam ukręcił na siebie bicz. A przecież chodzi tylko o prawo i sprawiedliwość...

Przypomina mi się "Kocia Kołyska" Kurta Vonneguta i jego wyspa na której nie istniała przestępczość, bo jedyną karą za każde możliwe przewinienie było powieszenie na haku... Jak powiedziałby jeden z moich profesorów: czujecie to?


wtorek, 16 lutego 2010

Czarna legenda czarnego pijaru

Bardzo brzydko się w naszym kraju mówi o "pijarze". Co to w ogóle jest ten "czarny pijar"? Należałoby może zapytać polityków i publicystów używających tego określenia. Po sposobie ich wzajemnego komentowania można wywnioskować, że  "pijar" to ich zdaniem propaganda, nachalna promocja oparta na populizmie i przeinaczaniu faktów, tak, aby stawiały nadawcę w korzystnym świetle.

"Wszystkie jego wypowiedzi to tylko pijar" słyszymy, kiedy komuś zarzucany jest populizm, czy brak rezultatów. Albo "nie zadbano o jego pijar", kiedy ktoś źle wypada publicznie. Sianie "czarnego pijaru" zarzucano z kolei Jackowi Kurskiemu, gdy usiłował zdyskredytować Tuska w oczach Polaków atakując jego rodzinę. To ostatnie pojęcie własciwie rozszerzyło znaczenie na każde słowo krytyki skierowane od członka partii A w stronę partii B.

Jest to bardzo przykre dla ludzi zajmujących się zawodowo Public Relation w biznesie, stowarzyszonych w różnych organizacjach zawodowych, badających naukowo różne aspekty komunikacji lub uczą studentów jak robić porządny PR. Profesjonalnych PRowców obowiązują też różne kodensy etyczne jak np Global Protocol on Ethics in Public Relations. Czy to nie paradoks, że branża stawiająca sobie za jedenz celów budowanie korzystnego wizerunku, sama ma obecnie tak kiepską opinię? 

Prawdziwy PR to najprościej mówiąc budowanie relacji z otoczeniem. Relacja oznacza komuniację dwustronną, w przeciwieństwie do jednostronnego przekazu, którym jest np. reklama wyborcza. A zatem partia czy polityk komunikują spoleczeństwu swoje osiągnięcia i plany. Przekaz nie jest oczywiście bezpośredni - pośrednikiem sa media i tego trudno uniknąć. Badania opinii publicznej są z kolei najbardziej miarodajną, choć oczywiście niedoskonałą informajcą o reakcji społeczeństwa na przekaz. Dzięki informacji zwrotnej politycy mogą modyfikować swoje pomysły tak, aby lepiej zaspokajały potrzeby i oczekiwania społeczeństwa. Takie Public Relations w idealnej wersji jest zatem formą prowadzenia debaty społecznej z prawdziwego zdarzenia. 

Brytyjski Instytut PR definuje to jako przemyślane, planowe i ciągłe starania o osiągnięcie i utrzymanie wzajemnego zrozumienia między organizacją a jej publicznością. Jednostkowy komentarz z definicji nie może być więc traktowany jako "pijar". PR-em są natomiast komentarze, pomysły i akcje będące zaplanowaną częścią większego procesu informacyjnego. Tak było moim zdaniem w przypadku stworzenia przez PO w latach 2005-2007 "Gabinetu Cieni", ochrzczonego z kolei chwytliwie przez  Marcinkiewicza "cianiasami". Partia komunikowała wyborcom: "Jako opozycja uważnie monitorujemy działania rządu. Mamy w swoich szeregach kompetentych ekspertów, którymi możemy błyskawicznie zastąpić rząd".  Przekaz zadziałał, bo był odpowiedzią na społeczne oczekiwania bo pod koniec lata 2007 istniało ogromne społeczne poparcie dla samorozwiązania sejmu i przedterminowych wyborów, które wygrała Platforma. 

Dobry i skuteczny PR jest w interesie tak partii jak spoleczeństwa. Trudno, żeby partia i rząd nie komunikowały się z wyborcami, i nie tłumaczyły ludziom tego co robią. Celem PR wg. jednej z definicji jest oczywiście stworzenie takiego społecznego klimatu, w którym oganizacja mogłaby dobrze się rozwijać. To, co potocznie nazywa się "czarnym piarem" fahowcy określają jako publicity - moim zdanie z dużą domieszką propagandy i agitacji, a analiza tego zjawiska nadaje się na osobny post. 

wtorek, 9 lutego 2010

Presidential Campaign in Costa Rica

Yesterday first woman was elected for a President in Costa Rica - 50 years old Laura Chinchilla (szynszyl in Polish). I wanted to write a few words about her campaign, since she is just the 5th female President in history of Latin America. While searching for candidates I was becoming more and more surprised, discovering how vivid, spectacular, and most of all - funny was the campaign in Costa Rica. Competition between candidates was more straightforward and witty than anything we can observe in our so called 'experienced democracies' in Europe or in US. The main cultural difference however is the extend of which politicians keep one's distance and are ready to make fun of themselves. 

Pregnant woman singing for candidate, walking half-naked in the advertisement, or 'flying heads' are just some of the ideas. Take a look on the one of the most important socialists candidate -Otto Solis's spot against Laura Chinchilla:

Similar spots presenting other candidates as marionettes were supposed to uncover their incompetency. Laura didn't have an easy life during the campaign as she was even compared to Hitler by her opponents, but due to my lack of knowledge of Spanish I only present those spots who speak through an image. 

Generally the campaign seem to be very bright, colorful and musical. Flying heads seem to match the Costarican aesthetics. This is the spot of Otto Guevara (no proved bonds with Che Guevara) - libertarian candidate who promoted the idea of as little of state apparatus as possible.

The same candidate in another spot, is showing half-naked man explaining that 'It's the only way not to get robbed on the street':

But the most truly surprising spot for me was the one of Luis Fishman - social Christian candidate. Yes, that's him wearing a diper and holding a bottle-feed.  Enjoy.




czwartek, 4 lutego 2010

"Córka się puszcza, syn upośledzony" czyli o Tuska niekandydowaniu i metaforze w polityce

Stało się. Doczekaliśmy się jednej z najważniejszych decyzji politycznych w tym roku i wiemy, że szef rządu nie stanie do wyścigu o fotel prezydencki. Doczekaliśmy się też pierwszego znaczącego komentarza na ten temat, mało znaczącej jakby nie było partii Polska Plus.

Jest to dobra okazja do oceny tego faktu, o którą prosiło mnie już kilka osób. Wnioskując po sondażach poparcia było to posunięcie ze wszech miar korzystne dla Tuska – 68 % Polaków uważa, że to dobra decyzja. Na tę liczbę składają się jego zwolennicy, którzy widzieliby Tuska jako premiera, z większymi prerogatywami i większą odpowiedzialnością na kolejną kadencję, oraz przeciwnicy, którzy uważają, że jest fatalnym premierem i byłby fatalnym prezydentem, dobrze więc, że się wycofał. Ocena tej sprawy do pewnego stopnia jednoczy więc Polaków. Istnieje jeszcze jeden aspekt, może nawet ważniejszy, który jak sądzę zmieni nieco całe spojrzenie na ustrój RP. Otóż do tej pory wybory prezydenckie cieszyły się największą popularnością wśród Polaków (każdorazowo najwyższa frekwencja), a Prezydent w społecznej percepcji był najważniejszą osobą w państwie. Dla większości Polaków oczywiście dalej tak będzie, ale pojawił się jednoznaczny sygnał od jednego z najpopularniejszych polityków, że Prezydent jest jednak dużo mniej ważny od premiera, mało tego – „aktywny prezydent to zły prezydent” jak powiedział Donald Tusk. Jego główny instrument wpływu na proces legislacyjny, czyli prawo weta – najczęściej blokuje reformy, które chce przeprowadzić rząd, marnując przy tym czas urzędników i pieniądze wydane na ekspertyzy i pracę komisji przygotowujących ustawy. Oczywiście Konstytucja gwarantuje mu także inicjatywę ustawodawczą, jednak bez wsparcia sejmowej większości żaden prezydencki projekt nie ma szans na uchwalenie. Jak do tej pory prezydenci rzadko korzystali z tego przywileju. Czy spowoduje to, że spadnie ranga Prezydenta w społecznej percepcji? Na pewno spadła ranga wszystkich kandydatów, skoro Tusk postawił się jakby ponad nimi, biorąc na siebie- jak twierdzi -brzemię prawdziwej odpowiedzialności za Polskę.  Czy jest to pierwszy krok w kierunku zmian naszej konstytucji na system kanclerski? Zobaczymy.

 

Przeciwnicy Tuska umniejszają z kolei decyzję Tuska, twierdząc, że nie kieruje się dobrem Polski, a jedynie czystym partyjnym interesem. „Tusk jest jak ojciec, który może wyjechać na pięcioletnie wakacje, które planował całe życie, ale nie chce opuszczać rodziny bo widzi, że córka się puszcza, syn jest lekko upośledzony umysłowo, drugi kioski obrabia, bratowa ciężko chora” – tak raczył się wypowiedzieć się Ludwik Dorn. Stęskniłam się za metaforami Dorna odkąd rzadziej pojawia się w mediach, dlatego patrzę na to z nutką sympatii. Jest to też przyczynek do dyskusji o języku polityki. Metafory są bardzo ważnym elementem komunikacji politycznej. Bardzo medialnym, bo mieszczącym się w 15 sekundowej relacji telewizyjnej.  Może Dorn startuje w tej konkurencji z Palikotem? W jego przypadku nikt nie powinien się jednak obrażać, bo nie wskazał personalnie, który z polityków jest upośledzonym synem, a który puszczalską córką. Jednak samo aż się prosi o przypuszczenia… Kogo obstawiacie? I co sądzicie o „Tuska niekandydowaniu”?

czwartek, 28 stycznia 2010

Campaign in Ukraine- do associations make decisions?

The newest advertisement from presidential campaign of Yulia Tymoschenko

Her main opponent Victor Yanukovych accused her of manipulation by using pictures with Angela Mercel, Nicolas Sarkozy and Donald Tusk in her last political spot. Jerzy Buzek also appears in the video. They are all members of European People's Party (EPP), with whom Tymoschenko's party (Batkiwszczyna) is associated to. The lector's voice says that these European leaders support Tymoszenko as the only democratic and pro-European candidate in Ukraine (which is probbably true). All the shoots were taken during official meetings when she was a Prime Minister of Ukraine. 

Why call it a manipulation? Because none of these people has ever officially back up Tymoschenko for President. 

Diagnose:  True. It is manipulation, as long as none of the leaders has officially supported her. It is very well done however, and may be quite effective. The majority of Ukrainians wont investigate wheather Merkel, Sakozy and Tusk officially support her, or just appreciate her, or just belong to the same party and has met her several times. Pictures are powerfull. But is it surprising? It is very obvious for Ukrainians that Tymoschenko represents pro-Western and Yanukovych - pro-Kremlin attitude. It wont convince those who are already convinced for whom to vote, but it is clearly directed to the wide group of undecided. It marks the line of crucial difference. Yulia presents her selves as the one who already has international position, and will soon guide Ukraine to the European Union. Will this occur to be convincing enough?

In her current position she should rather present her selves as 'the President of all Ukrainians', including those from eastern region, including those Russian speaking, who see their hope in close relation with the Russian Federation. Otherwise it will be very hard for her to double her electorate in such a short period.  

wtorek, 26 stycznia 2010

Rachunek sumienia

i częściowy żal za grzech pochopnej, beztroskiej oceny pewnych zjawisk medialnych...

Zobaczyłam wczoraj program Morozowskiego i Sekielskiego na temat ... hm, no właśnie, na jaki temat? Trudno powiedzieć, bo panowie zaprosili Dodę Elektrodę, żeby rozmawiać z nią o polityce. Wszystko to z powodu reperkusji po sławetnym pocałunku Dody z Prezydentem (zdjęcie w poście poniżej), po którym wielu dziennikarzy sugerowało, że Doda bezpowrotnie porzuciła Premiera Tuska, do którego do tej pory czule biło jej serce, na rzecz Pana Prezydenta, a specjaliści od wizerunku roztrząsali „CZY DODA MU DODA?” (punków poparcia rzecz jasna). Każda tego typu informacja jest z resztą przemielana przez media niewiarygodne ilości razy, co dostrzegam wyraźnie odwiedzając różne serwisy. 

Nawiasem mówiąc mam czasem wrażenie, że czytając codziennie duże ilości prasy, regularnie odwiedzając kilka witryn z wiadomościami i oglądając kilka serwisów informacyjnych (plus programy publicystyczne i satyryczne) nie jestem właściwie w stanie wykreować samodzielnej myśli, a przynajmniej nie mogę być pewna czy to faktycznie moja myśl, wszystko jest bowiem wypadkową zasłyszanych opinii i poglądów, a mój blog powinien być raczej zatytułowany „jakieś przepisywanie z mediów wszelakich”...

Wczoraj jednak zrodziła się we mnie myśl jak sądzę samodzielna, gdy usłyszałam o wizycie pani Dody w programie o którym nie mam co prawda dobrego zdania, ale uchodzącym mimo wszystko za program publicystyczny czy też (o zgrozo!) opiniotwórczy. Wizja obecności Dody w programie który wpływa na opinie milionów Polaków o sprawach politycznych wywołała we mnie gwałtowny dysonans poznawczy. Zniknęła cała moja niedawno wyrażona tolerancja dla procesu tabloidyzacji polityki czy też przenikania się polityki i popkultury, a zastąpiły ją złość i niedowierzanie. Zapragnęłam nałożyć na siebie wirtualną włosiennice i przyznać – macie racje moi przyjaciele, polityka przemienia się w jakiś chocholi taniec, schodzi na psy i tragiczny jest los naszego społeczeństwa jeśli Doda będzie podpowiadać Polakom na kogo mają głosować. Na własne potrzeby wskazałam też w głowie winnych tej sytuacji – uznałam ze są nimi media, które sankcjonują taką sytuację i uwiarygadniają takie osoby jako ekspertów od wszystkiego (w tym wypadku winni są „poważni dziennikarze”, którzy zaprosili tę panią do swojego programu, a następnie pytali m.in. o to kto lepiej całuje – Premier czy Prezydent) oraz mechanizmy finansowania telewizji, przez które wszystko podporządkowane jest wyłącznie słupkom oglądalności. Efekt jest taki, że zamiast publicystyki z prawdziwego zdarzenia serwuje się ludziom jakąś mętną papkę, a czyniąc z tego normę – powoduje zwrotnie zidiocenie widzów i ich nieumiejętność przetwarzania złożonych komunikatów. Dlatego słusznym usprawiedliwieniem dla producentów miałkich programów, wątpliwych artystycznie seriali i prymitywnych tok-show będzie zawsze „dajemy ludziom to, co pragną oglądać”.

Ze świadomością, że podwyższam słupki oglądalności Dodzie i nielubianym publicystom  postanowiłam jednak nie oceniać kota w worku i obejrzeć program do końca. Dobrze zrobiłam bo poczułam ulgę. Doda w konfrontacji z obcym dla siebie światem polityki okazała się osobą tak skrajnie niekompetentną, że nikt ze stałej widowni programu (a wiec osób choć odrobinę zainteresowanych i zorientowanych w polityce) nie ma prawa potraktować poważnie ani jednego jej słowa. Gorzej, jeśli była spora grupa osób, które oglądały ten program tylko z powodu Dody. Ona sama dyplomatycznie uchylała się na szczęście od pytań o własne preferencje, powołując się przytomnie na odpowiedzialność za rzesze fanek, które czasem bezrefleksyjnie ją naśladują. Z rozbrajającą szczerością obnażała swoją całkowitą ignorancję, nie rozpoznając na zdjęciach Olejniczaka ani Kurskiego, a więc polityków, którzy mieszczą się pewnie w pierwszej dziesiątce największej rozpoznawalności wśród Polaków.  Posła Palikota Doda jednak zna... z rozmów w tłoku (sic!). Skłania mnie to do zadania sobie pytania: ilu Polaków podobnie jak Doda żyje w wykreowanej przez najpopularniejsze media pseudo rzeczywistości, w której polityk staje się rozpoznawalny dopiero gdy trafi na stronę deser.pl, pudelka lub kozaczka, albo kiedy jego karykatura zaistnieje u Szymona Majewskiego? Pomimo całej swojej tolerancji dla kultury masowej i zaufania do zdrowego rozsądku Polaków, gdy o tym myślę ogarnia mnie jednak jakiś niepokój...

Doda sama w sobie jest jednak o tyle niegroźna, ze posiada ogromny, godny pozazdroszczenia dystans do własnej osoby. Została moją idolką po tym jak ogłosiła plany założenia partii „Najdodowiej”, w której ludzie będą się spotykać aby uprawiać „dodyzm” i „namaszczać się błyszczykiem”. Pomysł jest prawie tak dobry jak mój własny plan założenia sekty kultu Bogini Matki, z rytuałami rodem z Avatara, z którą mam nadzieję wstrzelić się w nastroje feministyczno – pacyfistyczno- new-agowe.